W tym roku minęło 5 lat, odkąd Polska została członkiem Unii Europejskiej. Dobry czas, żeby podsumować bilans korzyści. Jedną z najważniejszych jest dostęp naszego kraju do finansowania rozwoju gospodarczego, w tym: infrastruktury technicznej, przedsiębiorczości, badań naukowych, tworzenia nowych miejsc pracy. Ale także finansowania sektora rolnego i obszarów wiejskich. Te obszary są priorytetowymi w polityce UE.
Od 1 maja 2004 r. do końca maja 2009 r. wszystkie transfery UE do naszego kraju zamknęły się w kwocie 31,52 mld euro. Daje to średniorocznie imponującą sumę 6,3 mld euro, licząc po kursie 4 zł za euro, ponad 25 mld złotych. Jednak Polska, otrzymując środki z UE, zarazem zasila jej budżet, wpłacając corocznie ustaloną składkę oraz inne mniejsze kwoty wynikające ze wzajemnych rozliczeń. W całym okresie (począwszy od 1 maja 2004 r.) wpłaciliśmy w sumie do budżetu UE 14,13 mld euro. Nasz bilans rozliczeń z UE wynosi więc 17,31 mld euro "na czysto", co daje już znacznie mniejszą kwotę średniorocznie - 3,5 mld euro. Przeliczenie tej kwoty na złotówki (4 zł za euro) daje już "tylko" 14 mld złotych. Choć 14 mld zł - można by powiedzieć - "piechotą nie chodzi", to jeśli odejmiemy od tego koszt dużego aparatu administracyjnego, obsługującego nasze finansowe rozliczenia z UE, suma ta nie wygląda już tak optymistycznie. Z drugiej strony mam w pamięci niektóre kraje członkowskie, które i tego nie osiągnęły, a w pierwszych latach, zamiast beneficjentami członkostwa, stały się płatnikami netto do budżetu Unii Europejskiej. Jednak nie warto porównywać się do najgorszych. Warto zastanowić się, czy możemy z UE uzyskać więcej?