Nie wiadomo jak doszło do pożaru. Ogień zauważył przechodzień i zawiadomił straż pożarną. Ludzie wybiegali na boso, w tym, w co akurat byli ubrani. Kilkoro podtruło się dymem, jedna osoba odniosła obrażenia. Pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie. Spłonął dach i całe poddasze, na którym były 4 mieszkania. Te położone niżej całkowicie zostały zalane. To jest budynek, który ma ponad 120 lat, więc uszkodzeniu uległy konstrukcje nośne i stropy – opowiada jedna z właścicielek mieszkania. Urząd Miasta zaproponował nam picie, jedzenie, a osobom, które wynajmowały lokale – noclegi w schronisku dla bezdomnych. My, właściciele, zostaliśmy z jednym wielkim kłopotem, którego nie ma jak rozwiązać – mówią załamani ludzie.
Właścicielami połowy kamienicy przy ulicy Stodólnej jest 14 osób. Druga połowa była własnością
osoby, która zmarła 40 lat temu i nie pozostawiła żadnych spadkobierców. Żeby cokolwiek zrobić z kamienicą i gruntami, na których stoi, musielibyśmy na własny koszt przeprowadzić sprawę sądową, aby przyznano kuratora, gdyby jednak po latach jakiś właściciel się znalazł. Ale nie wszyscy właściciele chcą się zgodzić na takie rozwiązanie – wyjaśnia pani Iza.
Budynek jest tak zniszczony, że nie nadaje się do remontu i ponownego zamieszkania. Otrzymaliśmy informację, że „budynek grozi zawaleniem” i poproszono nas o zabezpieczenie kamiennicy, aby nie wydarzył się jakiś nieszczęśliwy wypadek. Mimo to w przybudówce w dalszym ciągu mieszkają dwie rodziny, które nie mają wody, prądu, bo media zostały odcięte – mówi pani Iza. Tym ludziom prezydent zaproponował mieszkania zastępcze na czas określony, ale oni nie chcieli się wyprowadzić.
13 marca wybuchł kolejny pożar. Tym razem jest pewne, że było to umyślne podpalenie. Kto to zrobił? Właściciele kamienicy mogą snuć jedynie podejrzenia. Może ktoś, kto po cichu mieszkał na poddaszu, może któraś z osób, które zostały w przybudówce.
Ciekawe jest także to, że za kamienicą wybudowano nowy blok, w którym balkony dzieli jedynie odległość 3 metrów od spalonej kamienicy. Plotki głoszą, że wartość nowego obiektu nie jest przez to tak atrakcyjna.
W pewnym momencie pojawiła się szansa na rozwiązanie sytuacji. Radny Dariusz Wesołowski skontaktował właścicieli z inwestorem, który zaproponował kupno gruntu w cenie 300 zł/m². Każdy z nas ma w akcie notarialnym wpisaną określoną ilość gruntu. To nie byłyby jakieś wielkie pieniądze, ale zawsze coś. I znów nie osiągnęliśmy porozumienia. Z jednej strony się nie dziwię, bo pewna rodzina wykupiła mieszkanie na dwa tygodnie przed pożarem. Zapłacili za nie 90 tysięcy złotych. Za sprzedaż gruntu dostaliby zaledwie 15 tysięcy. Ale z drugiej strony dopóki nie znajdziemy rozwiązania, to wszyscy i tak będziemy ponosić koszty utrzymania budynku i zabezpieczania przed nieszczęściem – wyjaśnia pani Iza. Dostaliśmy upomnienie, że nie zostały zamurowane wszystkie otwory okienne i wejście do budynku. Ja w moim lokalu to zrobiłam, ale jak można zabezpieczyć wejście, jeśli w dalszym ciągu mieszkają tam ludzie?
Bramę z czasem zabezpieczono. A lokatorzy? Nie wyprowadzili się – dowiadujemy się od sąsiadów.
W budynku mieszkać nie można, ale nie można także go zburzyć. W Inspektoracie Nadzoru Budowlanego powiedziano nam, że musimy zgłosić wniosek o wyburzenie obiektu do rzeczoznawcy. Niestety, znowu nie wszyscy chcą się na to zgodzić, bo nie mają pieniędzy. Poza tym sami musielibyśmy ponieść koszty rozbiórki, a to około 40 tysięcy złotych – mówi pani Iza.
Można by rzec, że nasza rozmówczyni ma szczęście w nieszczęściu, bo jako jedna z dwóch osób ubezpieczyła mieszkanie. Jest jednak kolejne „ale”. - W decyzji inspektoratu jest napisane, że mamy opuścić budynek i go zabezpieczyć. Nie ma jednoznacznego stwierdzenia, że w przyszłości nie można będzie w nim mieszkać i dlatego nie należy nam się całość ubezpieczenia, tylko część, czyli kwota na remont mieszkania, do którego nie można nawet wejść, bo grozi zawaleniem!
Co dalej będzie ze spaloną kamienicą i właścicielami? Nie wiadomo. - To miało być mieszkanie dla syna. Kiedyś mieszkała w nim moja babcia. W tej chwili nie mam nic – ani mieszkania, ani pieniędzy, ani możliwości podjęcia jakichkolwiek ruchów. Jestem tylko jedną z 14 właścicieli kamienicy, w której nie można mieszkać - mówi kobieta.