Grupa inicjatywna, podczas konferencji prasowej, z satysfakcją komentowała wtorkowe postanowienie komisarza wyborczego, które członkowie grupy uznali za sukces swój i mieszkańców. Sukces tym większy, że podczas zbierania podpisów zwolennicy odwołania prezydenta byli - zdaniem inicjatorów akcji - deprecjonowani.
Zapowiedzi pana Ziutka L., że tysiące podpisów sfałszowano, to wierutna bzdura. Po rzetelnym i wnikliwym sprawdzeniu okazało się, że zakwestionowano ponad 4 tysiące podpisów, ale tych ewentualnie sfałszowanych i skierowanych do organów ścigania było 51 mówił Janusz Dębczyński, a Jacek Lebiedziński śledztwo prowadzone przez prokuraturę i policję nazwał "nękaniem ludzi". Zwraca się więc do prezydenta miasta, aby ten zaapelował do odpowiednich organów, aby mieszkańcy w cywilizowany sposób mogli wziąć udział w referendum. To nie jest jednak jedyny apel prezesa WIG.
Członkowie grupy nie kończą swojej działalności, bo zgodnie z zapowiedzią, zamierzają namawiać włocławian do wzięcia udziału w referendum, choć zdają sobie sprawę, że zmobilizowanie ponad 20 tysięcy mieszkańców do głosowania, będzie trudnym zadaniem. Spodziewają się także różnego rodzaju prowokacji ze strony przeciwników referendum.
Prezydent będzie mógł mówić o sukcesie, jeśli frekwencja będzie wymagająca, a większość opowie się za prezydentem. Każde inne rozwiązanie będzie porażką dla Andrzeja Pałuckiego i działaczy SLD, którzy w sposób arogancki zarządzają miastem - stwierdził Dębczyński.
Olga Krut- Horonziak uważa, że 27 października "będzie tak samo radosnym dniem, jak dzisiejszy".
Duże emocje towarzyszyły także członkom Rady Miejskiej SLD, którzy podczas spotkania z mediami twierdzą, że referendum ma znamiona fałszywego. Powołują się przy tym na informację komisarza na temat ilości nieprawidłowych podpisów.
To się w głowie nie mieści, jak jeden z parlamentarzystów mówi, że wygrała demokracja. Jaka demokracja? Oszustów, podrabiania podpisów? pytał Tadeusz Raczyński.
Działacze SLD twierdzą także, że inicjatorzy nie mają mandatu do wykonywania funkcji społecznej na terenie miasta i brakuje im pomysłu na Włocławek.
Trzeba powiedzieć, jaka jest prawdziwa przyczyna tego desperackiego aktu dziewięciu mieszkańców Włocławka. To kwota blisko 750 milionów złotych wydanych podczas kadencji Andrzeja Pałuckiego na inwestycje i rozwój miasta twierdzi Krzysztof Kukucki i przypomina, że wiele działań było blokowanych przez antyrozwojową koalicję.
Członkowie SLD stanowczo twierdzą, że będą namawiać włocławian, aby 27 października pozostali w domach.
Mam nadzieję, że włocławianie zagłosują nogami i nie wezmą udziału tej hucpie politycznej, której jedynym celem jest autopromocja. Zwłaszcza, że jej inicjatorzy mają moc sprawczą i potrafili doprowadzić do zmartwychwstania sześciu mieszkańców miasta, którzy podpisali się na liście, a zmarli przed rozpoczęciem akcji podsumował Krzysztof Kukucki.
Postanowienie komisarza ze stoickim spokojem przyjął za to Jacek Kuźniewicz. Twierdzi, że w mieście nie dzieje się nic takiego, co uzasadniałoby akcję referendalną.
Jeśli jednak część mieszkańców, pod wpływem propagandy grupy referendalnej, zdecydowała się podpisać listy, to poczekajmy na 27 października. To jest demokracja i każdy może z tych instrumentów demokracji korzystać. Wierzę we włocławian, którzy widzą to, co dzieje się w mieście i mają swoje zdanie na ten temat. Całe szczęście, że ani opozycja, ani grupa referendalna nie odwołuje i nie wybiera prezydenta, tylko robią to mieszkańcy. I to oni zadecydują o losach Andrzeja Pałuckiego - mówi zastępca prezydenta miasta.
Zapytany, czy weźmie udział w referendum, odpowiada: